22 -25.I.2005
Mija już tydzień od rozpoczęcia naszej wyprawy. Czujemy zmęczenie. Zresztą nie ma co się temu dziwić. Każdego dnia wyprawialiśmy się poza Kair. Najpierw cały dzień udało nam się spędzić w Gizie. Wiał silny wiatr, ale słońce mocno nas spiekło. Najbardziej męczące jednak okazało się wchodzenie do wnętrza piramid (Cheopsa i Chefrena) i przeciskanie przez wąskie korytarze. Bolą łydki i uda
. Poza tym w środku piramid jest potwornie duszno, tak ze nawet największe samozaparcie nie starcza by długo w ich wnętrzu wytrzymać. Jednak warto! Surowe wnętrza budowli robią wrażenie! Najbardziej uciążliwe w Gizie są wielbłądy, a ściślej mówiąc ich jeźdźcy, którzy usilnie nam przeszkadzali proponując “camel photo” i setki turystów wylewających się z autokarów.
Poza tym zostaliśmy przyjęci przez ekipę prowadzącą wykopaliska pod auspicjami Museum of Fine Arts z Bostonu i Harvard University na zachód od Wielkiej Piramidy wśród grobowców dostojników z okresu Starego Państwa. Zostaliśmy przyjęci bardzo ciepło i serdecznie. Edward Brovarski oprowadził nas po terenie wykopalisk i zapoznał z realiami pracy misji epigraficznej.
W Dahszur i Abusir było znacznie mniej turystów, co nasz niezmiernie ucieszyło. Tam piramidy stały otworem tylko dla nas. Weszliśmy do Czerwonej długim korytarzem (który spotęgował ból nóg). Poza niesamowicie sklepionymi trzema komorami, uderzający był nie tylko zaduch, tylko, nazywajmy rzeczy po imieniu, smród. Piszącemu te słowa udało wytrzymać się we wnętrzu najdłużej i wykonać szereg fotografii oraz… choć przez chwile pobyć sam na sam wewnątrz piramidy Snofru. Jeśli chodzi o Abusir to wejście możliwe jest w zasadzie tylko do piramidy Sahure, ale trzeba przedzierać sie przez nieregularny tunel wypełniony częściowo gruzem. Poczuliśmy się trochę jak pierwsi eksploratorzy piramid, bo do wnętrz nie pociągnięto kabli z elektrycznością, mieliśmy tylko latarki i szczere chęci, by dostać się jak najgłębiej. Poziom adrenaliny wzrósł zdecydowanie! (a ból nóg wzmógł:-)).
Ostatnia piramida, do której udało się nam dostać, była piramida Tetiego, tutaj także nie dociera zbyt wielu turystów, natomiast wnętrze (oprócz tego, że duszne), zdobione jest pięknymi hieroglifami (Tekstami Piramid) a na suficie widnieją gwiazdy.
Oczywiście nie tylko piramidami człowiek żyje, wiec codziennie zachwycamy się kuchnia egipską, która bardzo przypadła nam do gustu. Najbardziej niesamowite jest urozmaicenie gamy smaków- np. łagodnego, ale aromatycznego falafla, czy gotowanych na ostro warzyw musaaka. Nasze żołądki póki co wytrzymują nowa dietę, wygląda na to, ze aklimatyzacja przebiega prawidłowo. Dodatkowym komponentem naszego pożywienia jest woda, na razie jeszcze butelkowana, ale powoli zbieramy się w sobie, by zrezygnować z tego luksusu i zacząć pić wodę z lokalnych wodociągów- silnie chlorowana i niezbyt smaczną. Męskiej części ekipy do gustu najbardziej przypadło danie o lokalnej nazwie kosheree, które składa się z drobnych makaronowych kluseczek wymieszanych z ryżem oraz drobnym, cienkim brązowym makaronem i przysmażaną cebulka. Do tego podawany jest przecierowy sos wykonany z pomidorów oraz papryki i przypraw z dodatkiem oliwy. Druga odmiana tego dania jest tagin, czyli cięty makaron z sosem pomidorowo- paprykowym oraz mielonym mięskiem, całość jest lekko zapiekana w foremkach i podawana na gorąco. Jesteśmy w trakcie kolekcjonowania wrażeń kulinarnych z delektowania sie egipskimi deserami, z czego szczegółowy opis zdamy w kolejnych relacjach. Na ulicach centralnego Kairu panuje potworny ruch i chaos, po części jest to spowodowane świętem Wielki Bajran, które trwało od 21 do 24 stycznia. Po wyjściu na ulice, co krok słyszeliśmy słowa “Hello!”, “Welcome to Egypt”, “Which country?”. Ile razy można odpowiadać na powitanie? W nieskończoność! Pomimo, ze jest to trochę irytujące, to ludzie są bardzo życzliwi i pomocni. Gdybyśmy choć trochę lepiej znali arabski a oni angielski:-).











