18 -21.1. 2005
Rankiem 18. stycznia wystartowaliśmy samolotem linii Malev z Okęcia. Po godzinę lotu – lądowanie. Jesteśmy! Tak, ale w Budapeszcie. Tutaj spędziliśmy kilkanaście godzin na zwiedzaniu miasta lub odsypianiu zarwanej nocy – do Warszawy bowiem dostaliśmy sie nocnym pociągiem. Trochę zaskoczył nas siarczysty mróz, ale panorama miasta rekompensowała nasze cierpienia.
Długa obecność na lotnisku wywołała zainteresowanie służb mundurowych. Spisano nazwiska części ekipy, zażądano paszportów. Sytuacja rozładowała się, gdy policjant starał się podyktować nazwisko jednego z uczestników wyprawy partnerce – Zdziebłowski. Tak, tak, tylko jak to napisać! Pomogliśmy i zrobiło sie wesoło.
Godzinę przed północą, podczas odprawy, poczuliśmy sie już trochę jak w Egipcie. Okazało się, że większość pasażerów stanowili Arabowie. Na pokładzie było głośno i wesoło, a nasze polskie rozmowy rozmywały się pośród arabesek wydobywujących się z ust Egipcjan. Trzy godzinny lot minął szybko. Dane nam było podziwiać fenomenalny widok rozświetlonej Delty nocą. Gdzie nie sięgał wzrok, widać było skupiska lamp. Dało nam to pewien pogląd na zagęszczenie ludności wzdłuż Nilu. I lądowanie! Afryka! Dla większości z nas był to pierwszy raz na tym kontynencie. Wieczór był dość ciepły, niebo bezchmurne i rozgwieżdżone. Do centrum dostaliśmy się miejskim autobusem. Polecamy! Bardzo ciekawe przeżycie. Wewnątrz tylko zaspani Egipcjanie, młodzież paląca papierosy. Autobus oczywiście w opłakanym stanie, ale ludzie nadzwyczaj mili i pomocni.











