Szymon Zdziebłowski
Idę ulicą śródmieścia Kairu. Po mojej lewej widok na wielki plac budowy – trwa przebudowa dworca autobusowego Turgoman. Tak, dobrze napisałem – idę ulicą. Nie – chodnikiem. W Kairze chodnik służy jako miejsce do wystawiania towaru na sprzedaż dla mobilnych handlarzy, albo jako przedłużenie sklepu, gdzie rozlokowano jego inwentarz, aby zachęcić przechodniów do zakupu. Chodniki są z reguły pozastawiane zatem wszelkiej maści przedmiotami – straganami ze skarpetkami, bananami, pomarańczami, zegarkami, słodyczami, arafatkami, zabawkami itp. itd. Pomiędzy tym kolorowym chaosem parkują samochody i kłębią się pucybuci. I całe mnóstwo handlarzy, którzy przemieszczają się bez ustanku ze swoim towarem na ramionach, w rękach czy na głowie. Poza tym większość z chodników ma szalenie wysoki krawężnik. Wspinanie się na zagracony trotuar to dla człowieka zbyt duża strata energii (zwłaszcza gdy rozpoczynają się upały). Dlatego komunikacja w Kairze opiera się na jezdni. Cała sztuka polega na tym aby zmieścić się pomiędzy pędzącym samochodem a arcywysokim krawężnikiem. W tym nieopisanym chaosie panuje jedna niepisana zasada: osoba idąca z kierunkiem ruchu pojazdów mija drugą nadchodzącą z naprzeciwka, od strony bliższej chodnika. Ot, zachowanie standardów bezpieczeństwa.
Maszeruję zatem w tej w miarę bezpiecznej strefie pośród skowytu tysięcy klaksonów (trąbi się na okrągło – czasem z jakiegoś ściśle określonego powodu np. taksówkarze, aby zwrócić uwagę potencjalnego klienta czy z niepohamowanej radości, a czasem nie, ale generalnie ciągle), nawoływań chłopców z autobusów (Ramzis! Ramzis! – co oznacza, że pojazd zmierza na główny dworzec kolejowy Kairu) i gęstych oparów samochodowych spalin, które wciskają się bezlitośnie w każdą komórkę odsłoniętego kawałka skóry i zagnieżdżają w materiale odzienia wierzchniego pozostawiając charakterystyczny, drażniący i agresywny zapach.
Moim celem jest właśnie wspomniany dworzec Ramzis. Ignoruje jednak pędzące autobusy i wędruję. Spacer rozpocząłem od Zamalku – dzielnicy ambasad i ekskluzywnych sklepów. W skrócie – jednego z najbogatszych zakątków Kairu. Zamalek kończy się gwałtownie, bowiem znajduje się na wyspie usytuowanej na Nilu. Po przejściu betonowym mostem z wielopasmową jezdnią znajdujemy się zatem już pośród zupełnie innych zabudowań i innych ludzi, absolutnie innych realiów ich codziennego życia. Tu po drugie stronie najdłuższej rzeki świata, jeszcze pod samym wiaduktem prowadzącym na most rozlokowano dziesiątki straganów z używanymi ubraniami. Ten second-hand rozciąga się dalej wzdłuż ruchliwej ulicy noszącej miano 26. lipca. Różnica jest duża i od razu odczuwalna. Na Zamalku Europejczyk czy Amerykanin to widok codzienny i nikt z Egipcjan nie zwraca nań uwagi. Wystarczy przekroczyć most. Wtedy można poczuć się jak obcokrajowiec. Zaintrygowani Arabowie zaczepiają i dopytują się o miejsce pochodzenia lub po prostu przyjaźnie witają się. Takie dwa światy obok siebie.
Tego dnia postanowiłem przejść na dworzec Ramzis bocznymi uliczkami, którymi wcześniej nie przemieszczałem się. Była to wędrówka z dala od ruchliwych i gwarnych i szerokich ulic. I nagle znalazłem się pośród labiryntu wąskich uliczek, przejść z dziesiątkami warsztatów w których wrzała praca. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że jestem niemal w centrum Kairu, ale trudno w to było uwierzyć. Pod stopami nagle zrobiło się przyjemnie miękko. A miła to odmiana dla zmęczonych stawów po długiej wędrówce po twardym asfalcie i betonie. W nozdrzach poczułem zapach obrabianego drewna, a uliczka zapełniła się podłużnymi deskami opartymi o warsztaty wykonane z blachy falistej. Wszedłem w strefę tartaków! Co ciekawe, większość obrabianego materiału stanowiły wtórnie użyte deski. Recykling w środku miasta! A pod nogami trociny! Idę dalej. Kilka zakrętów, kilka kolejnych uliczek i zmiana scenerii. Uliczki równie wąskie. Poza tym zmianie uległo niemal wszystko. W powietrzu zapach oleju, uliczki ciemne od jego gęstej zawiesiny. Wszędzie mnóstwo przeróżnych elementów automobili – od karoserii po najmniejsze śrubki. Wszystko wyłożone na ziemi w jakimś artystycznym nieładzie a może porządku znanym tylko temu co go stworzył? Przy tych osobliwych straganach z metalowymi częściami siedział zań odpowiedzialny przykucnięty człowiek. W ręku dzierżył młotek, którym bez ustanku pracował. Z większych elementów tworzył kilka mniejszych. Im więcej towaru, tym większy zysk? A może po prostu nie miał nic lepszego do roboty? Trudno stwierdzić. Takich stoisk naliczyłem mnóstwo. Mijam ten przedziwny sektor i wkraczam do kolejnego. Tutaj prostowane są stare pręty zbrojeniowe. I znów dziesiątki warsztatów i magazynów.
Po godzinie kluczenia pośród tych kairskich mikroświatów trafiłem na główny trakt. Jestem tuż obok dworca Turgoman. Czy coś może mnie jeszcze, po tym co zobaczyłem, zaskoczyć tego dnia? I oto widzę przede mną wóz ciągnięty przez szarego, smutnego osła. Ładunek stanowią jabłka z których ułożono wysoką piramidkę. W jedną z jej ścian wbita tabliczka z ceną za kilogram – 8 funtów egipskich. Na standardy Egiptu to owoc drogi. Nagle zachwiana została równowaga tej misternej konstrukcji spiętrzonej na prymitywnym wozie. Jedno jabłko turla się z samego szczytu kopczyka i niebezpieczne balansuje na krawędzi oddzielającej je od niechybnego upadku na rozgrzany słońcem asfalt. Już przyciąga je niewidoczna, newtonowska siła i jabłko turla się po ulicy. Świat w moich oczach zamiera. Widzę tylko ten owoc. Patrzę jak zahipnotyzowany. Życie na ulicy toczy się jednak stałym rytmem. Nikt nie zauważył tego drobnego wydarzenia. Nikt?! Wtem z zapatrzenia w ekskluzywny, egipski owoc wytrąca mnie donośny krzyk jednego z przechodniów – Tufah fen?! Tufah fen?! (A gdzie jabłko?!). Powożący wozem zatrzymuje się i patrzy w tył. Znikąd pojawia się mały, bosy, brudny, po prostu zaniedbany chłopiec, który biegnie na przełaj przez ulicę ku bezpańskiemu owocowi. Już trzyma jabłko w ręku. Myślę sobie – sytuacja jest jasna. Dziecko tak jak się pojawiło, tak samo zniknie pośród pobliskich, krętych uliczek, ze swoją zdobyczą. Tymczasem pewnym krokiem idzie wprost do handlarza niesfornego owocu i wręcza jemu zgubę. Jestem zadziwiony. Zarówno zachowaniem dziecka, które już w duchu oskarżałem o kradzież, ale też reakcją woźnicy. Ten wypowiedział kilka słów do malca, ale nie były to podziękowania. Brzmiało to raczej jak oskarżenie, że ten tknął jego owoc czy że tak się guzdrał z jego oddaniem. Dziecko nie zostało wynagrodzone niczym. A może wręcz przeciwnie? Swoim zachowaniem, pomimo swej zapewne trudnej sytuacji życiowej, uzyskało przychylność Najwyższego?
Na dworzec Ramzis docieram w zamyśleniu. Egipt nadal zaskakuje…
Kair, 2007 rok.











