Szybka nawigacja

Napisz do nas!

redakcja@archeologiaegiptu.pl

Nasi Partnerzy

Tyldesley Joyce – Jak zaginiona cywilizacja została na nowo odkryta, Prószyński i S-ka 2006


Tłumaczenie: Dariusz Niedziółka, rok wydania w Polsce: 2006

Na początek drobne wyjaśnienie: Joyce Tyldesley jest… kobietą. Dla poprzedników piszących recenzje na temat tej książki nie było to jednak aż tak oczywiste – vide publikacja w Wprost z października 2006<<<. Dr Tyldesley jest honorowym pracownikiem badawczym w School of Archeaology, Classics and Egyptology na uniwersytecie w Liverpoolu. Wiele czasu w swej karierze poświęciła na popularyzację wiedzy o starożytnym Egipcie – jest autorką programów radiowych i konsultantką seriali telewizyjnych realizowanych przez BBC. Kilka jej książek może być znanych polskiemu czytelnikowi: Hatszepsut: kobieta faraon (1999) czy Ramzes Wielki (2002).

To wielkie szczęście, że wydawnictwo Prószyński i S-ka postanowiło wydać książkę zatytułowaną Egypt. How a lost civilization was rediscovered w Polsce. Szczęście, gdyż zagwarantowało tłumaczenie na wysokim poziomie merytorycznym. Co prawda, jedna osoba dokonała przekładu, jak i swoistej konsultacji naukowej, ale w zasadzie nie można publikacji zarzucić żadnych większych przekłamań natury merytorycznej.

Ale od początku. O czym traktuje opisywana książka? Na blisko 250 stronach autorka barwnie i lekkim piórem opisuje dzieje archeologii Egiptu. Od jej początków, w zasadzie w dobie wyprawy Napoleona pod koniec XVIII wieku, po współczesność. Autorka opisuje również, że starożytni Egipcjanie sami byli żywo zainteresowani swoją przeszłością i podejmowali się restauracji zabytków – mowa tu przykładowo o księciu Chaemuaset – czwartym synu Ramzesa II. Jasne – na polskim rynku jest już kilka pozycji, gdzie można zgłębić początki zainteresowań Egiptem i rozwoju metodycznej, naukowej archeologii. Nie ominęło odkrycia grobowca Tutanchamona. Tyle że autorka podaje mnóstwo nieznanych polskiemu czytelnikowi anegdot i opowieści, które są naprawdę ciekawe. Przy tym potrafi być również dowcipna przez co książkę czyta się od deski do deski – mnie to zajęło dokładnie czternaście godzin.

Bardzo podobają mi się przypisy tłumacza, który niejednokrotnie „utemperuje” Tyldesley. Przykładowo archeolożka opisuje historię Totmesa IV i jego rzekomego snu, w którym ukazał mu się Sfinks (s. 23-24). W zamian za odkopanie spod ton piachu Sfinks obiecał młodemu księciu tron. I taka historia faktycznie znana jest ze Steli Snu, ale autorka poszła dalej i chyba żeby ubarwić wywód dodała jeden element do opowieści – Totmes miał jeszcze dokonać restauracji zaniedbanego posągu. Jak słusznie zauważył Niedziółka – takiego wątku na próżno szukać w starożytnych przekazach. W kilku innych miejscach zauważalna jest ingerencja tłumacza w tekst w postaci celnego przypisu.

Czasem jednak czujność tłumacza nie jest tak silna. Przykładowo w rozdziale szóstym – Piramidolodzy, brak jest jakiegokolwiek przypisu. A kilka sprostowań należałoby umieścić. Zwłaszcza dotyczących najnowszych dociekań dotyczących kontrowersyjnych szybów, określanych w książce jako „ukośne kanały” jakie umiejscowione są w piramidzie Cheopsa. Mowa o 4 tunelach o szerokości ok. 20 na 20cm, które znajdują się w Komorze Króla (2 kanały) i Komorze Królowej (pozostałe 2). Co do ich wycelowania w gwiazdy okołobiegunowe i w gwiazdozbiór Oriona byłbym co najmniej sceptyczny, ale Tyldesley jest absolutnie przekonana. Skąd moje wątpliwości? Mianowicie na podstawie badań przeprowadzonych przez Rudolfa Gantenbrinka w latach ’90 pozyskano mnóstwo cennych informacji na temat szybów dzięki wprowadzeniu w ich wnętrza robota z kamerą. Później były jeszcze bardziej medialne imprezy w towarzystwie National Geographic, ale to Gantenbrink dokonał przełomu. Dziś wiemy, że szyby nie są wycelowane w jakiś konkretny punkt na niebie, gdyż znajdujemy tam ekstremalne zmiany kątów ich nachylenia! Tylko szyb południowy w Komorze Królowej ma stabilny kąt nachylenia. Zatem wszelkie hipotezy astronomiczne są mocno naciągane. Z obszernym raportem i trójwymiarowymi rysunkami Gantenbrinka można zapoznać się na oficjalnej stronie jego projektu<<<.

Najciekawsze są opisy dotyczące pozornie nam nieobcych osobistości, które tworzyły historię egiptologii. Znany jest Flinders Petrie, ale mało kto wie jak wyglądał jego test jakiemu poddawał kandydatów na wykopaliska do Egiptu – zapraszał śmiałków do podłej jadłodajni (należało wszystko zjeść ze smakiem) po czym kazał wbiec po schodach do Instytutu Archeologii (wymagana dobra kondycja). Petrie nigdy nie rozpieszczał siebie ani innych podczas prac w terenie. Tygodniami potrafił żywić się ledwie jadalnymi konserwami, niejednokrotnie cierpiał na problemy żołądkowe. Jak to ujął Weigall: „żywiłeś się sardynkami, a gdy już zjadłeś sardynki, jadłeś puszkę” (s. 152).

Możemy również zapoznać się ze szczegółami dotyczącymi odkrycia kamienia z Rosetty. A znajdziemy tu znacznie więcej informacji niż tylko kilka słów o francuskich żołnierzach, wykonywaniu fortyfikacji i wiekopomnym odkryciu. Co również interesujące, a często umyka – słynny Champollion co prawda odczytał pismo hieroglificzne na podstawie wspomnianego wyżej zabytku, ale… nie widział go na własne oczy podczas prób odszyfrowania. Brytyjczycy przejęli kamień w wyniku działań wojennych i młody francuski badacz był skazany na kopie krążące po świecie.

Mało co brakło a Heinrich Schliemann kojarzony byłby, kto wie, czy nie przede wszystkim z Egiptem. Jego kandydaturę poważnie rozpatrywano podczas naboru pierwszego archeologa do Egypt Exploration Fund – fundacji, która istnieje do dziś pod nieznacznie zmienioną nazwą, ale w jej szeregach znajdował się szereg wybitnych badacz – w tym Petrie. Tak się jednak nie stało, a dlaczego nie, można przeczytać na kartach opisywanej książki.

Z niejakim żalem autorka opisuje moment w którym Wielka Brytania niemal stworzyła swój Instytut w Kairze, którego do dzisiaj niestety nie ma. Za bibliotekę miały posłużyć zbiory niemieckiego badacza, Ludwiga Borchardta, który zmarł w 1938 roku. Po wojnie wdowa po nim zaproponowała księgozbiór rządowi Jej Królewskiej Mości, ale w zamian chciała uzyskać obywatelstwo brytyjskie. Nie zgodzono się na jej warunki, a „Wielka Brytania po dzień dzisiejszy nie ma instytutu archeologicznego w Egipcie” (s. 203). W tym miejscu należy patriotycznie dodać, że polska takowy ma od pięćdziesięciu lat!

Różnych ciekawych „smaczków” w książce jest cała masa. Przykładowo możemy dowiedzieć się, że to Howard Carter doprowadził do Doliny Królów elektryczność i postanowił umieścić przy wejściach do grobowców metalowe kraty chroniące przed niekontrolowanym wstępem. Zrobił to jeszcze przed słynnym odkryciem grobowca Tutanchamona, kiedy sprawował funkcję inspektora starożytności w Górnym Egipcie.

Na koniec warto wspomnieć, że tłumacz okazał się osobą bardzo dobrze poinformowaną i posiadającą aktualne informacje dotyczące działań polskich misji w Egipcie, czego świadectwem jest przypis na str. 218. Dzięki temu książka nie tyle jest wiernym tłumaczeniem publikacji Tyldesley, ale również doskonale wprowadza polskiego czytelnika w realia prac rodzimych archeologów i egiptologów w kontekście badań specjalistów innych nacji.

Nawet najlepszą książkę można zepsuć złym tłumaczeniem. W tym przypadku mamy doskonały produkt końcowy i należałoby życzyć wydawnictwom w innych krajach, które podejmą się przekładu, równie wysokiego poziomu merytorycznego. Lektura jest prawdziwą przyjemnością. Dodatkową atrakcją są kolorowe wkładki z kilkoma unikatowymi fotosami – przykładowo Petrie’m idącym dziarskim krokiem po Abydos podczas badań w wieku… 69 lat.

Szymon Zdziebłowski

Dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka za przesłanie egzemplarza do recenzji.

Podziel się:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip

REKLAMA

Polecamy wyjątkowy film o Egipcie!