
Książki Heyerdahla czyta się jednym tchem. Mamy tu wszystkie elementy bestsellerów: przygodę, wątek historyczny, śmiałą hipotezę, a co najciekawsze, jego książki to w zasadzie opowieści o archeologii eksperymentalnej. W dodatku w skali makro. Heyerdahl nie udowadnia w jaki sposób łupano krzemienie czy wypalano naczynia ceramiczne. Norweg po prostu żegluje. W tym konkretnym przypadku na płaskowyżu Giza poprosił o skonstruowanie przez specjalistów znad jeziora Czad łodzi, która miała być odwzorowaniem trzcinowych jednostek pływających z czasów faraonów i je poprzedzających. Skompletował załogę i… wyruszył przez Atlantyk ku Amerykom.
Heyerdahlem kierowały również inne pobudki podczas organizowania ekspedycji Ra: „Papirusowy statek dryfujący po morzu w mocy żywiołów może stać się mikroświatem, praktyczną próbą udowodnienia, że ludzie potrafią współpracować pokojowo niezależnie od narodowości, religii, koloru skóry i poglądów politycznych, jeśli tylko we własnym interesie zrozumieją, że jest koniecznością walczyć dla wspólnej sprawy.” Zatem miał być to swoisty apel o porozumienie między narodami i pokój na świecie w samym środku zimnej wojny i konfliktu zbrojnego w Wietnamie. I tak statek nazwano Ra na cześć boga słońca, a na jego pokładzie znalazło się siedmiu mężczyzn różnych narodowości, którzy pomimo że wywodzili się z najróżniejszych kontekstów kulturowych przetrwało wspólnie całą, niejednokrotnie mrożącą krew w żyłach, podróż. Co prawda barka Ra nie dotarła do brzegów Ameryki – zrobiła to dopiero jej następczyni Ra II. Co tym samym udowodnił Heyerdahl? Łodzie z papirusu były w stanie przez kilka miesięcy płynąć przez otwarty ocean. Pytanie brzmi – czy temu wyzwaniu sprostaliby nasi przodkowie?











