
Akcja książki rozgrywa się na przełomie 1909/10 roku w Londynie, w drodze do Egiptu oraz w samym Egipcie. Trochę tu wątków fantastycznych, odrobina faktograficznych, szczypta kryminalnych. Całość tworzy świetną książkę od której trudno się oderwać. Nawet jeśli nie jest się głównym jej adresatem – czyli kilkunastoletnim dzieckiem. Teodozja i Węże Chaosu, najnowsza książka Robin Lorrain LaFevers ukazała się właśnie w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont.
Książka ma ponad 300 stron, sztywną oprawę i jest szyta. Rozkosz dla bibliofila! Po zdjęciu papierowej obwoluty ukazuje się… strona tytułowa pamiętnika Teodozji Throckmorton. I tym w istocie jest ta powieść. Zapisem przeżyć niezmiernie mądrej jedenastoletniej dziewczynki, córki głównego kustosza muzeum… Legend i Starożytności. Nadzwyczaj zgrabnie splatają się tutaj wątki fantastyczne z faktografią. Okazuje się bowiem, że szefowie wspomnianego muzeum i Muzeum Brytyjskiego szczerze siebie nienawidzą i dziko konkurują o pozyskanie najciekawszych eksponatów na terenie Egiptu. Ale narratorem opowieści jest Teodozja. Dziewczynka o niezwykłych zdolnościach – potrafi bowiem wyczuwać klątwy i z pomocą tajemnych ksiąg również je zdejmować. Do pewnego momentu jest to dość ciekawy motyw w książce, ale niemal obsesyjne powtarzane słowa: „klątwa” i „magia” w pewnym momencie, siłą rzeczy tracą już swój niezwykły wydźwięk. Ten przesyt dosięgnął mnie na 80 stronie: „Gdy weszłam do działu odbioru, ujrzałam, że ojciec i matka mają pełne ręce roboty przy wypakowywaniu figurek uszebti. Były ich setki, a na każdej ciążyła paskudna klątwa.” Na szczęście potem okazało się, że tak naprawdę te setki paskudnych klątw nie są aż tak groźne jak jedna, ale szalenie „paskudna klątwa”, która mogła doprowadzić do upadku Wielką Brytanię!
Polski wydawca wykonał szereg przypisów wyjaśniających terminy egiptologiczne. Z reguły są to wyjaśnienia dotyczące roli bogów i są one wykonane w zasadzie bez zarzutu. Jednak jeśli już podejmować się tego typu ingerencji w fantastyczno – naukową powieść to należy czynić to konsekwentnie. To znaczy, że jeśli autorka pisze na 51 stronie, że Totmes III był potężnym faraonem z „okresu Środkowej Dynastii” to należałoby dodać pewien przypis „korygujący”. Zapewne w oryginale było „Middle Kingdom”, czyli „Średnie Państwo” – w nomenklaturze egiptologicznej. No, ale Totmes III nie władał wtedy… tylko troszkę później. Można by to tutaj jakoś w przypisie wyjaśnić. Kolejna rzecz: Ammut to wg przypisu na str. 236 „Pożeracz umarłych”. W polskim nazewnictwie specjaliści używają określenia „Pożeraczka”.
Książka dedykowana jest „wszystkim bystrym dziewczynkom na całym świecie, które mają dość tego, że nikt nie chce ich słuchać”. Zapewne te bystre osoby wychwycą pewne drobne sprzeczności w tekście. Autorka miesza się trochę w swych wywodach – np. str. 40 – 41. Teodozja wpada do pracowni ojca, gdzie obserwuje jak ten bezskutecznie próbuje złożyć „glinianą tabliczkę”. Natomiast w momencie, jak już udaje się ją złożyć okazuje się, że jest to „stela”. Zaiste duża to „gliniana tabliczka”! Kontynuując wątek glinianych tabliczek – te pojawiają się na kartach książki dość często. Na nich miały się znajdować wyryte teksty hieroglificzne! Konia z rzędem dla kogoś, kto byłby w stanie to zrobić! Na szczęście Egipcjanie mieli papirus.
Konsekwentnie czepiając się dalej – w grobowcu Amenemhaba miała się znajdować „niewielka świątynia” (str. 54). Hmm… a może ołtarz było napisane w oryginale? Gdzie w niewielkim, wyrytym w skale grobowcu świątynia?
Autorka z pewną obsesją pisze o woskowych figurkach uszebti. No i włączyło się u mnie czerwone światełko. Uszebti z wosku? OK – to przecież powieść fantastyczna! Ale sprawa nie dała mi spokoju. Okazuje się, że znane są sporadyczne przykłady uszebti wykonanych z tego materiału. Są to obiekty datowanie głównie na okres Średniego Państwa. No i proszę – moja czujność okazała się zbyt duża!
Akcja toczy się wokół tajemniczego, obarczonego oczywiście klątwą wyjątkowego przedmiotu – Serca Egiptu. Klątwa miała spaść na naród, którego obywatel śmie skraść z wnętrza egipskiego grobowca ten bezcenny przedmiot. Czyni to matka Teodozji, która jest… Amerykanką (str. 43), ale mimo to klątwa spada na Wielką Brytanię (str. 163). Ot, trochę niekonsekwentna klątwa. Równie niesforna jak Teodozja.
Drobnym, ale irytującym błędem jest brak odpowiedniej transliteracji nazwy berła uas – w powieści jest ono berłem „was” (np. str. 233).
Jest też moment, kiedy autorka opisuje grób Totmesa III w Dolinie Królów – nie napiszę w jakim kontekście, żeby nie psuć zabawy osobom, które sięgną po Teodozję. Nie sposób nie spróbować zweryfikować jej słów! I zaskakująco wiele zgadza się – że znajduje się w odległej części doliny, że niezbędna jest drabina, aby dostać się do wnętrza (obecnie – bardziej przypomina ona strome schodki). Widać że autorka przyłożyła się! Nawet wstępna ilość komór i ich rozmieszczenie jest właściwa. Są też wpadki – tuż przy wejściu brak jest dekoracji, ale w powieści „figury ściennych płaskorzeźb tańczyły w migotliwym blasku lampy” (str. 243). Jak wyglądał grobowiec zdaniem autorki niżej? Warto zajrzeć do książki!
Trochę się poczepiałem, ale sam muszę przyznać, że lektura książki i mnie nauczyła kilku rzeczy. Po pierwsze wiem, że istniały w rzeczywistym świecie starożytnych Egipcjan uszebti wykonane z wosku, a po wtóre, podczas lektury często sięgałem do różnych źródeł, aby zweryfikować słowa autorki. To z pewnością zawodowe skrzywienie. Ale co najważniejsze – książka bazując na faktach (mimo wszystko) pobudza do zainteresowania cywilizacją egipską i może stać się zaczynem zainteresowania, nie tylko pośród najmłodszych archeologią Doliny Nilu. A całość jest szalenie wciągająca powieścią przygodową. Polecam.
S.Z.











