Maciej Pawlikowski,
Z Archeologami Przez Świat, Kraków 2003
cz. III obejmuje strony 29-33.
Herhor – Hatshepsut
Rozmowy prowadzone na tarasie polskiej stacji archeologicznej w Kairze były bardzo ożywione. Uczestnicy różnych ekspedycji opowiadali o swoich odkryciach, sukcesach i kłopotach. Wśród towarzystwa byli przedstawiciele ambasady oraz niektórych firm handlowych działających w Egipcie. Nieco z boku przy szklanym stoliku siedział niezwykle żywo opowiadający o czymś sympatyczny mężczyzna. Podszedłem nieco bliżej przysłuchując się uważnie opowiadaniu. – Herhor był w końcu najwyższym kapłanem - tłumaczył słuchającym. – Miał nawet aspiracje faraońskie. Chciał być pochowany w Dolinie Królów obok największych faraonów egipskich, których uważano przecież za bogów - ciągnął dalej opowieść. Słuchałem ze wzrastającym zainteresowaniem. Opowiadanie nabierało kolorów, co powodowało zwiększenie się grupki słuchającej profesora.
Wieczorek jednak wolno dobiegał końca. Gości dyskretnie ubywało. Gdy zostaliśmy z profesorem we dwójkę przysiadłem i zaproponowałem współpracę i pomoc w poszukiwaniu grobu Herhora. Propozycja została przyjęta z zadowoleniem. W listopadzie ruszy ekspedycja poszukiwawcza. Niby czasu jest sporo, bo to dopiero marzec, ale jest przecież tyle innych spraw do zrobienia, no i muszę załatwić pieniądze na bilety lotnicze -zastanawiałem się patrząc na srebrny Księżyc, który wyglądał jak przyszyty do granatowego nieba Kairu.
Zbliżał się listopad i czas wyjazdu na ekspedycję. Musiałem skomasować swoje wykłady, by wygospodarować na nią czas. Bilety lotnicze czekały w kolorowej kopercie na biurku. Jeszcze zestaw lekarstw, kamera filmowa, torebeczki na próbki i wiele innych rzeczy do spakowania. Górka rośnie, a miejsca w plecaku nie przybywa. Wszystkiego miało być mało, a plecaka nie da się podnieść! Takie samo wrażenie mam podnosząc plecak i schodząc z pokładu promu pływającego z Luksoru na drugi brzeg Nilu. Jest wczesny ranek. Mijane wioseczki jeszcze śpią. Śpią także mijane kamienne i ponure Kolosy Memnona, które od trzech i pół tysiąca lat spoglądają na okolice. Kończy się asfalt. Rzuca niemiłosiernie i resztki snu odchodzą na zawsze po paru uderzeniach głową w dach taksówki.
Właśnie wszyscy wyruszają na stanowisko. Pomimo nieprzespanej nocy dołączam do grupki i udajemy się w kierunku świątyni Hatszepsut, ponad którą wysoko w skalnej ścianie trwają poszukiwania grobu Herhora. Wolno po schodach świątyni pniemy się na jej najwyższy poziom, mijając po drodze pilnujących świątyni strażników. Właśnie wstaje słońce, gdy ścieżką ponad świątynią wędrujemy dalej w górę ku pionowej skale. Wszystko zaczyna zmieniać kolory. Z szarości brzasku wyłaniają się złote i czerwonawe kolory skał i wrośniętej w nie świątyni królowej Hatshepsut. Cisza absolutna, tylko kamyki chrzęszczą pod nogami. Dochodzimy do drabin, które stojąc niemal pionowo przy skalnej ścianie mają nas zaprowadzić na skalną półkę, gdzie pracują egipscy robotnicy. Zakładam zabezpieczenie i wolno wędruję po drabinie. Niektóre szczeble są pęknięte, a niektórych w ogólne nie ma. Drewniana drabina kończy się i przechodzę na drabinę sznurową. Zaczynam się czuć jak cyrkowiec idący ku górze, by ćwiczyć na trapezie. Gdy spoglądam w dół drabinka wolno odjeżdża na jakieś dwa metry od skalnej ściany. No to mamy – myślę. Taki kawał drogi przyjechałem i teraz jak kretyn wiszę na skalnej ścianie, w dodatku nie wiem co zrobić! Zakołysałem się i drabinka wróciła do ściany. Idę dalej w górę i tu na końcu sznurowej drabinki należy trzymając się liny poręczowej zrobić krok na maleńką skalną półeczkę. Pot po grzbiecie spływa mi do spodni. Udało się. Teraz cieniutka półeczka skalna wiedzie mnie bystro pod górę. W dół jest niemal pionowo jakieś 40 metrów, a w górę pewnie jeszcze z 80. Za plecami skała, a dookoła świeże powietrze. Słychać odgłosy pracy i rozmowy robotników. Spod ściany skalnej unoszą się tumany kurzu. Tu ewentualnie ma być grób Herhora. Też sobie wybrał miejsce – myślę dochodząc do stanowiska.
W ciągu najbliższych tygodni opisaną drogę skalną będę przechodził wiele razy i stanie się ona prosta jak spacer po krakowskich plantach. Teraz rozglądam się jednak po okolicy. Widoki są oszałamiające. Pod nogami maszerują jak mrówki grupki turystów. Nad głową, na cukierkowo niebieskim niebie gonią się popiskujące jaskółki. W dali widać zieloną Dolinę Nilu. Wokoło wre praca, egipskie kopaczki zgrzytają na kamiennym rumoszu. Po nałożeniu gruzu do gumowego pojemnika Egipcjanie kładą go na głowę i wolno wynoszą poza teren wykopów. Słychać jak „urobek” wysypywany jest z pojemników. Duże kamienie są rozkuwane za pomocą wielkiego młota. Następnie rozbite kawałki wynosi się poza teren prac, gdzie specjalna ekipa buduje z nich mury oporowe. Mają one chronić znajdującą się poniżej naszego stanowiska świątynię Hatshepsut.
Dni eksploracji mijają jeden po drugim. Przechodzimy codziennie koło grupki konserwatorów i egiptologów pracujących w kaplicy Hatshepsut. Robią pracowite odrysy płaskorzeźb pokrywających ściany i składają niektóre rozbite bloki kamienne przygotowując materiał do rekonstrukcji. Widać na nich fragmenty postaci i hieroglify. Wiele z nich jest malowanych. Kolory takie jak w sanktuarium – myślę. Muszę to sprawdzić. Chciałem to sprawdzić już dwadzieścia lat temu, gdy pracując pod Armant spoglądałem na świątynię z daleka. Czas się spełnia. Muszę pójść do sanktuarium. Muszę po wschodzie słońca usiąść na miejscu pomnika królowej Hatshepsut i sprawdzić, czy jak przez otwór w suficie promienie słońca padną na moją twarz zaczną się dziać dziwne rzeczy. Decyzja jest podjęta. Ponad dwadzieścia lat czekałem i w podświadomości wierzyłem, że przyjdzie taki moment. Jutro sprawdzimy jak to jest. Na samąmyśl dreszcz przebiegł mi po plecach.
Jest wczesny ranek. Słońce jeszcze nie wstało. Wychodzę z Metropolitan House, w którym ma bazę polska misja. Idę w stronę świątyni i sanktuarium królowej Hatshepsut. Jest absolutna cisza. Gdy wchodzę na pierwszą rampę prowadzącą ku sanktuarium promienie Słońca oświetlają górną część skały ponad świątynią. Przyspieszam kroku, żeby znaleźć się na miejscu we właściwym czasie. Emocje narastają. Już jestem w sanktuarium i siadam w wyznaczonym miejscu. Promień wpadający przez świetlik powoli przesuwa się w kierunku mojej twarzy. Jeszcze chwila. Patrzę przed siebie. Przez wielkie odrzwia sanktuarium widzę Dolinę Nilu pogrążoną w porannej mgle. Taki widok oglądała rzeźba królowej Hatshepsut przez wiele setek lat. Przemieszczający się promień słoneczny powoli oświetla moją twarz. Czekam co będzie. Słońce świeci mi już prosto we oczy. Obraz Doliny Nilu rozświetla się migocząc wieloma odbłyskami. Promień światła wolno schodzi z mojej twarzy przechodząc na pięknie zdobioną ściankę sanktuarium. Wyświetlony obraz Doliny wraca do poprzedniej nieco zamglonej postaci. Koniec seansu. Nic się nie zwaliło ani nie otworzyło – myślę pnąc się ścieżką w kierunku wykopów poszukujących grobu Herhora. Tylko ten obraz Doliny Nilu, który pojawia się przed oczami w momencie gdy słońce świeci niemal prosto w oczy. Czy to coś znaczy? Może kiedyś ktoś odpowie na to pytanie.
Czas pracy na stanowisku biegnie bardzo szybko. Już przerwa na herbatę i krótki odpoczynek. Choć Egipcjanie mąją Ramadan, czyli okres postu, i nie jedzą ani nie piją w ciągu dnia – robią dla nas mocną herbatkę. Upał narasta. Powietrze stoi w bezruchu. Spoglądam na pionową ścianę za moimi plecami. Skrzy się lśniąc jak szklana góra z bajek. To słońce padając na powierzchnię krzemieni, które bardzo licznie tkwię w tebańskich wapieniach, wywołuje wrażenie świecącej szklanej góry. Całe zjawisko trwa parę minut i po zmianie kąta padania światła znika. Dla mnie to zjawisko przyrodnicze, jednak w czasach faraońskich taka świecąca w odpowiednim momencie góra musiała robić na ludzie egipskim mocne wrażenie. Fenomen ten oddziaływał na pewno szczególnie mocno, gdy został odpowiednio objaśniony przez faraońskich kapłanów.
Widoczne z daleka wejścia do grobów zioną chłodną czernią. Przyglądam się uważnie. Większość grobów drążono na granicy łupków i przykrywających je wapieni. A to chytrusy – myślę. Wyraźnie szli na łatwiznę. Chodniki grobowe drążyli w miękkich łupkach wykorzystując nadległe nad nimi wapienie jako strop. Wchodzę do grobu. W miarę wędrówki w głąb ciemność ogarnia mnie coraz bardziej.
Wyjmuję latarkę i pochylam się nad pionowym szybem, który prowadzi gdzieś daleko w głąb ziemi. Tu nawet światło od mocnej halogenowej latarki nie znajduje oparcia. Oj, niełatwo było tu wpuścić sarkofag z mumią – myślę wychodząc z grobowca w rozświetloną dolinkę.
Dalsza wędrówka doprowadza do następnych grobów. Kuto je w wapieniu. Cóż to musiała być za katorżnicza robota! Przecież nie znali jeszcze metali, a kuli korytarze o długości setek metrów za pomocą kamiennych ostrzy. Wchodzę do kolejnego grobowca i rozglądam się po ścianach korytarza, który biegnie w ciemność wielkiej wapiennej góry. Ściany i sufit grobowca są spękane. To różnej wielkości pęknięcia tektoniczne. Tu też budowniczowie grobów wykazali się przebiegłością i znajomością budowy geologicznej. Drążyli chodniki wzdłuż pęknięć tektonicznych zwanych w geologii uskokami. Pęknięcia te, które powstały w wyniku ruchów tektonicznych spowodowały pokruszenie skał. Tu budowniczym grobów było dosyć łatwo usuwać skały i drążyć chodniki. Zjawisko to wykorzystywali w sposób bezbłędny, sprytnie ułatwiając sobie bardzo ciężką pracę. Po wydobyciu bloków skalnych dokonywano obróbki ścian chodników techniką odłupkową. Następnie tak przygotowane wapienne ściany grobowca szlifowano. Na gładkich ścianach tworzono liczne płaskorzeźby i hieroglificzne inskrypcje, które następnie malowano farbami mineralnymi, zdobiąc tym sposobem wnętrza grobowców.
Schylam się i podnoszę z ziemi odłupek wapienny, który powstał podczas drążenia tego grobu. Bez wątpienia takie same odłupki mamy w miejscu, gdzie szukamy grobu kapłana Herhora. Sugerują one, że w badanym obszarze może być grób. Jednak jeszcze pewnie upłynie sporo czasu zanim go znajdziemy. W końcu grobu Tutanchamona Carter szukał dziewiętnaście lat.
Schodząc wolno w dół oglądam się za siebie w kierunku grobów które odwiedziłem. Odszedłem zaledwie kilkadziesiąt metrów od historii, która działa się tutaj kilka tysięcy lat temu. Przymykam oczy i widzę uczestników pogrzebu, którzy po pochowaniu zmarłego szybkim krokiem wracają tą samą ścieżką do domów. Nawet nie przypuszczali – myślę – że po tysiącach lat ktoś odwiedzi ten grób. Grób, w którym od dawna już nic nie będzie. Patrzę ostrożnie pod nogi. Fragment białej kości świeci pośród żółtych kamieni.











