Napisz do nas!

redakcja@archeologiaegiptu.pl

Nasi Partnerzy

Część III

Maciej Pawlikowski,

Z Archeologami Przez Świat, Kraków 2003

cz. III obejmuje strony 21-25.

Fayum — Qasr el Saga
Z Kairu wyjechaliśmy skoro świt. Ulice oświetlone ostrym, ukośnie padającym słońcem są ciche i puste. Choć dzień już wstał dosyć dawno, Kair śpi jeszcze odpoczywając w piątek, czyli w muzułmańską niedzielę. Nasz terenowy mercedes przemyka na południe w kierunku jednego z najstarszych szlaków wiodących z Kairu do Luksoru, Asuanu i dalej na południe do Sudanu i serca Afryki. Mijamy piramidy w Giza. Stoją wielkie, wyzłocone słońcem w niewzruszonym spokoju swojego majestatu. Miejskie zabudowania dawno się skończyły, a po obu stronach drogi rozciągała się żółto-szara, rozgrzewająca się powoli pustynia.
Droga biegnie wzdłuż linii energetycznych prowadzących prąd z tamy w Asuanie. Za oknem samochodu wolno przesuwają się ogromne stalowe słupy linii wysokiego napięcia. Asfalt jest już gorący. W jego zagłębieniach pojawiają się miraże przypominające kałuże z wodą. Otaczająca nas pustynia wygląda miejscami jak wielkie jezioro, w którym widać małe wysepki wystające ponad otaczająca równinę. Silnik samochodu mruczy monotonnie. Droga jest pusta. Upał narasta i zaczyna nas ogarniać zniewalająca senność. Nagle przy drodze pojawiają się większe pagórki. Tu obok ruin stanowiska Kom Auszin skręcamy w piaszczystą pustynną drogą. Koniec komfortu. Auto podskakuje razem z zawartością, czyli członkami ekspedycji oraz różnorakim sprzętem. Miejscami droga jest mocno pofałdowana, miejscami natomiast zasypana sypkim, niemal białym, kopnym piaskiem. Tu musimy jechać szybko by nie ugrzęznąć, a w innych miejscach wolniutko, by czegoś w aucie nie urwać. Meandrując wśród piasków, zagłębień, muld i dziur różnej wielkości zmierzamy na zachód od doliny Nilu, w kierunku Qasr el Saga, co oznacza po arabsku Zamek Skarbów.
Przez przednią szybę samochodu można zauważyć majaczące na hory­zoncie pasmo niewysokich, jasnożółtych płaskich gór. To brzeg ogromnego plateau, które powstało na krawędzi wielkiego uskoku tektonicznego. Tu właśnie, u podnóży tego skalnego klifu, mamy prowadzić poszukiwania śladów przeszłości. Droga jeszcze kilkakrotnie wykręca dosyć gwałtownie między pagórkami i wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń, gdzie stoi mały ceglany domek. To domek geologów. Tu mamy zamieszkać podczas naszej ekspedycji.
Wyładowanie rzeczy z auta i zagospodarowanie domku idzie sprawnie. Jedno z pomieszczeń przeznaczamy na kuchnię, inne na sypialnie i magazyn. Puste dziury po oknach zatykamy sitami wyłożonymi workami z plastiku. W czarnym otworze drzwiowym umieszczamy przywiezione ze sobą drzwi. Już zapada noc gdy pijemy pierwszą herbatę. Patrzymy w niebo. Jest gra­natowoczarne. Gwiazdy są wielkie i jasne. Absolutna cisza przenika wszystko. Na niebie pojawia się czerwony migający punkcik. To samolot pasażerski. Leci do Kairu. Będzie przez dłuższy czas naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją. Czas spać, jutro zaczynamy pracę.

Poranek pustynny jest niezwykły. Chłód i cisza połączone z jaskrawym słonecznym światłem stwarzają pogodny nastrój. Śniadanie jest kaloryczne. Mleko w proszku z płatkami kukurydzianymi przygotowane na gęsto pozwoli nam przetrwać w upale do godzin popołudniowych. Koledzy idą w kierunku kamiennej, wyniosłej świątyni, wznoszącej się na wzgórku wśród bezkresu piasków. Ja idę w przeciwną stronę. Zarówno ja, jak i oni szukamy miejsca do usytuowania wykopów archeologicznych. Gdzie tu kopać, żeby coś znaleźć? – myślę rozglądając się po bezmiarze pustyni. Zadanie jest ambitne. Rzec by można, że nawet bardzo. Idę przypominając sobie nasze przedekspedycyjne dyskusje. Tu podobno jeszcze nie tak dawno, jakieś 5-6 tysięcy lat temu, było jezioro. Ale heca – myślę. Nie chce się wierzyć. Piasek wciska się do butów, a idąc nawet energicznie ma się wrażenie, że przebiera się nogami w miejscu. Temperatura rośnie. Domek już dawno zniknął za horyzontem. Muszę uważać, żeby się nie zgubić. Wiem przecież, że tutaj można sobie zrobić długi, bardzo długi, śmiertelny spacerek.

Piasek się skończył i wszedłem na twardy jasnoszary osad. Schyliłem się i odbiłem młotkiem. O! – są w nim muszelki. Przyklęknąłem. Było ich zatrzęsienie, a były to muszelki ślimaczków, które żyją w wodzie. Czyli z tym jeziorem to jednak prawda – pomyślałem. Jezioro było i znikło, no i co z tego wynika? – zastanawiałem się dalej wracając wolno do naszego ceglanego domku. Wyobrażałem sobie jezioro na pustyni. Przy brzegu jest płytko. Kiedy wieje wiatr, fale uderzają o brzeg w pobliżu którego rosną trzciny. Coś mi nie bardzo idzie z tą rekonstrukcją przeszłości – zasta­nawiałem się dalej. Też mi odkrycie, że przy brzegu jeziora jest płytko! Pusty żołądek domagał się swego i nie pozwalał się skupić. Słońce wisiało nisko nad skalnymi pagórkami. Pierwszy dzień ekspedycji powoli dobiegał końca.

Następnego dnia udałem się w tym samym kierunku. Miałem jednak określony cel poszukiwań. Chciałem znaleźć brzeg starego jeziora, po którym został tylko osad z muszelkami. Wyruszyłem wcześnie rano, gdy powietrze było jeszcze rześkie. Patrzyłem uważnie pod nogi. Szary osad jeziora kontaktował z żółtym piaskiem. Szedłem dokładnie po linii brzegowej wyschniętego kilka tysięcy lat temu jeziora. Z prawej strony spostrzegłem rozległą dolinkę. Ślady pod nogami wskazywały, że z dolinki wypływała rzeka. Szedłem w górę wyschniętym korytem. Widać było wy­raźnie gdzie woda rozlewała się szeroko, a gdzie płynęła szybko skacząc po dużych wystających z dna kamieniach. Wyżej pojawił się nawet niewielki wodospad. Spływająca po nim woda wypolerowała kamienną krawędź. Wracałem w stronę wyschniętego jeziora. Patrząc pod nogi zauważyłem kilka znacznie od siebie oddalonych miejsc, gdzie osady jeziorne kontak­towały z piaskiem. Było to ważne odkrycie. Oznaczało to, że linia brzegowa jeziora nie była stała. Raz było ono duże, raz mniejsze. Tych oscylacji było wiele. Wiedziałem z literatury, że jezioro było bezodpływowe. Wynikało z tego wszystkiego jedno – podczas ulewnych deszczy wpadające do jeziora rzeki niosły dużo wody i jezioro było duże. W czasie suszy jezioro wy­sychało i zmniejszało się. Ustalenie położenia linii brzegowej ówczesnego jeziora jest niemal równoznaczne z określeniem wielkości opadów w ba­danym rejonie.

Rozglądnąłem się wokół i stwierdziłem z przerażeniem, że kompletnie nie wiem gdzie jestem. Zamyślony dyskutując sam z sobą i oglądając różne kamienie po prostu zabłądziłem. Do zachodu Słońca było już niedaleko. Jak mnie tu dorwie noc to dopiero będzie – pomyślałem drapiąc się na największą z okolicznych górek. Widok ze szczytu był przepiękny. Do ceglanego domku nie było nawet tak daleko. W dali widać było połyskującą taflę wysychającego jeziora Birket Qarun. To samo jezioro którego śladów szukałem tak się skurczyło, że jego brzeg znajdował się obecnie kilka kilometrów od miejsca w którym stałem. To brak opadów i pustynnienie Sahary spowodowały tak znaczne zmniejszenie jeziora.

Wędrowałem do domku. Koledzy znaleźli ciekawe miejsce z neolityczną ceramiką. Zapowiadało się interesująco. Obiad jedliśmy przy palących się lampach gazowych. Po ciemnym niebie przemieszczało się kolejne regu­larnie migające światełko samolotu lecącego z turystami do Kairu.

Kolejnych kilka dni poświęciłem na dalsze wędrówki po okolicy. Obraz starego jeziora stawał się coraz pełniejszy. Już z grubsza wiedziałem jakie osady po nim pozostały. Wiedziałem też jak oscylowała jego linia brzegowa. Nie mogłem jednak cały czas umiejscowić stanowisk archeologicznych.

Skończył się sezon wykopaliskowy. Wróciliśmy do Krakowa. Po długim semestrze kończył się rok akademicki i rozpoczynały się wakacje. Jechaliśmy na spływ kajakowy na jeziora mazurskie. Już szykowaliśmy namioty i sprzęt. W Augustowie wysiedliśmy z zatłoczonego pociągu. Po kilku dniach spływu siedzieliśmy w naszym namiotowym obozie nad falującym jeziorem. Przym­knąłem oczy patrząc na odbijające się od tafli jeziora słoneczne promienie. Jasne – pomyślałem – przecież ludzie w Egipcie też siedzieli blisko wody. Nad wodą mieli obozowiska. Gdy jezioro było większe, bo bardziej lało, to siedzieli w wyższej partii brzegu, podczas suszy natomiast siedzieli niżej, bliżej centrum jeziora. Nie mogłem się doczekać kolejnego wyjazdu do Qasr el Saga, by sprawdzić swoje przypuszczenia. Bardzo chciałem odnaleźć sta­nowiska archeologiczne znad wyschniętego jeziora.

Wracałem do Egiptu. Po raz kolejny nasz samolot nadlatywał nad Deltę Nilu. W dole pojawiały się gęste skupiska światełek wiosek tonących w granatowej nocy. Po chwili lądowaliśmy w Kairze. Gdy mknęliśmy w kierunku centrum miasto witało nas kaskadami świateł. Po dwóch kolej­nych dniach ponownie siedzieliśmy w naszym ceglanym domku przygo­towując sprzęt do nowego sezonu badawczego. To nie do wiary. Już minął rok – myślałem chodząc ponownie po pustyni i szukając śladów obozowisk neolitycznych sprzed 5500 lat. Chodziłem w systemie linii oddalonych od siebie o około 150-200 metrów. Patrzyłem uważnie pod nogi podnosząc co chwilę kamyki podejrzane o kontakt z ludźmi przed tysiącami lat. Pojawiły się jakieś niewysokie kopczyki. Rozgrzebałem delikatnie jeden z nich. W środku był czarny popiół. W drugim obok także. Tu jest wiele, wiele śladów ognisk. O! Jest porozbijana ceramika. Są także różnej wielkości żarna do rozcierania zbóż. O!!! Ile kości. Jest to duże stanowisko. Hura!!! Cieszyłem się jak wariat podskakując w upale na pustyni.

Teraz mogą się tym zająć archeolodzy. Przywiozłem ich samochodem by pokazać co znalazłem. – To cała neolityczna wioska - powiedzieli oglądając wstępnie teren.

Badania stanowiska ujawniły, że ludzie których miejsce obozu odkry­liśmy siedzieli podobnie jak my nad jeziorem. Łapali ryby i hipopotamy, uprawiali zboże, które trzymali w plecionych z trzciny koszach. Robili dosyć dobrej jakości ceramikę i wiele, wiele narzędzi krzemiennych. Mieli swoje radości i kłopoty. Pewnie biegały tu dzieci. Tylko jedno – to wszystko było 5500 lat temu. Otworzyłem oczy. Słaby wiatr od serca Sahary przesypywał obok mnie żółty piasek.
Podziel się:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip

REKLAMA

Polecamy wyjątkowy film o Egipcie!