Maciej Pawlikowski,
Z Archeologami Przez Świat, Kraków 2003
cz. II obejmuje strony 6-10.
i gości z całego świata. Sklepy, sklepiki, straganiki i luksusowe banki. Hotele stacjonarne i hotele-statki pływające po Nilu. Restauracje na małą i wielką kieszeń. Interes kwitnie. Co chwilę przemieszczają się różnej wielkości grupki Japończyków, Amerykanów i innych nacji. Polacy – nie gorsi – czekają w sporej grupce na przewodnika. Z krótkiej rozmowy wynika, że jutro jadą do Hurgady nad Morze Czerwone.
Do pomostu dobija prom nilowy zwany tu rafasem. Tłum bezpardonowo atakuje pokład transportując w pośpiechu dzieci, rowery, pudła i różnej wielkości tobołki. Czekamy na komplet pasażerów. Dieslowski silnik mruczy monotonnie czekając na znak do drogi. Słychać sygnał w postaci jednego dzwonka. Pojawia się wielki obłok dymu, a do wolno odbijającego promu wsiadają jeszcze w ostatniej chwili spóźnieni pasażerowie.
Widok jaki mamy z górnego pokładu promu, który wolno oddala się od brzegu i pięknie oświetlonego Luksoru jest urzekający. Dobijamy do drugiego, znacznie skromniejszego i ciemniejszego brzegu rzeki. Słychać pokrzykiwania zachęcające do jazdy „taxi, taxi”. Jedziemy w ciemną noc egipską. Jest ciepło, a czym dalej od Nilu – ciszej i spokojniej. Przejeżdżamy obok Kolosów Memnona i docieramy do German House, który na kilka tygodni stanie się naszym domem. Czas na odpoczynek. Jutro od rana ruszamy szukać przeszłości. Czy się uda?
Musi się udać, tylko jak to zrobić. Oczy się zamykają. Jeszcze dzisiaj rano byliśmy w Warszawie – myślę zapadając w sen.
Puk-puk. – Wstajemy! - budzi mnie znajomy głos. – Jak to, w nocy? -dziwię się niezmiernie. Jest ciemno i cicho. Zegarek wyraźnie wskazuje piątą rano.
Wszyscy schodzimy się w jadalni. Przez okno widać czerwone, szybko powiększające się Słońce, które wstaje nad lekko zamgloną dolina Nilu. Popijając herbatę zastanawiam się nad milionami takich wschodów, które tu były przed naszym przyjazdem. – Co to, śpisz jeszcze?! - głos szefa przyprowadza mnie do porządku.
Auto już zapakowane. Picie i kanapki zabrane. Wszyscy są gotowi. Ruszamy. Jedynie parę kilometrów jedziemy po równym asfalcie, po czym zjeżdżamy na drogę, która właściwie jest rozjeżdżoną przez samochody pustynią. Mijamy świątynię Madinat Habau, a następnie przejeżdżamy obok pagórków, które pozostały po wielkim założeniu architektonicznym zwanym Malkata. Jedziemy lewym brzegiem Nilu w kierunku Armant. Będziemy się często zatrzymywać i przechodząc duże odcinki penetrować teren poszukując interesujących nas stanowisk archeologicznych.
Rekonesans rozpoczynamy już za wzgórkami Malkaty. Idziemy w sposób zbliżony do tyraliery. Co chwilę ktoś się schyla podnosząc i oglądając kamyki, odłupki krzemienne lub drobne fragmenty ceramiki. Znaleziska nanoszone są na odręcznie wykonaną mapkę. Pojawiają się na niej oznaczenia MAI, MA2, których skrót pochodzi właśnie od wzgórz Malkaty.
Rozpoznanie terenu jest uciążliwe, zwłaszcza że temperatura wyraźnie rośnie. Około dziesiątej jest już ponad 30 stopni. Wiejący poprzednio od Sahary delikatny wiaterek zupełnie się uspokoił. Powietrze zaczyna falować nad coraz gorętszym piaskiem. Powoli zbliżamy się do małej egipskiej wioski. Tu zakończymy pierwszy dzień penetracji terenu i poszukiwań obrazów z przeszłości sięgającej ponad 5000 lat wstecz.
Kolejny dzień penetracji terenu. Znowu jedziemy kamienistą, rozjechaną przez samochody pustynną drogą. Mijamy krzywą, mocno zdezelowaną półciężarówkę załadowaną klatkami z kurami, której kierowca prowadząc samochód zachwala swój towar przez wielki stary głośnik. Pojawiają się zabudowania maleńkiej, zapomnianej przez świat i ludzi wioseczki. Krzywe, trochę niezdarnie postawione domki. Dokoła porozwlekana słoma, po której biegają hałaśliwe dzieci. Dwa osiołki stoją spokojnie „zaparkowane” w cieniu pod murem jednego z domów. Za domkami widać niewielki wzgórek. Zostawiamy samochód i powoli, wnikliwie patrząc na przemieszczający się pod nogami piasek idziemy w jego kierunku. Każdy z nas ma swoja ścieżkę. Wzrok penetruje każdy szczegół.
Jest, jest fragment ceramiki! Wydaje się ona na pierwszy rzut oka jakaś trochę dziwna. Fragment wielkości dłoni o nierównych brzegach z dużą liczbą dosyć regularnych otworków zrobionych najwyraźniej patyczkiem. O! Jest też odłupek krzemienny… i następny. Ktoś z nas znalazł kilka narzędzi krzemiennych. Jest stanowisko. Zasadnicza część niezbyt bogatego materiału archeologicznego lokuje się w płytkim zagłębieniu o średnicy kilku metrów. Zagłębienie to powstało w szarych osadach nilowych pokrywających żółtawe piaski. Nadajemy stanowisku kolejny numer MA6 i nanosimy znalezisko na mapę. Ruszamy dalej rozmawiając ze sobą w trakcie dalszej penetracji terenu. -Co to takiego ta ceramika z dziurkami?—posyłam pytanie w kierunku archeologów. – To stare sitko np. do odcedzania czegoś z wody - pada zza pagórka odpowiedź. – A jakie stare to sitko? — drążę dalej. – Może być jakieś 5-6 tysięcy lat – odpowiada ten sam głos.
Jest nieźle, ale może coś jeszcze lepszego się trafi. Upał narasta. Wychodzimy poza obszar zabudowy. Powietrze drga coraz mocniej tworząc w zagłębieniach terenu miraże przypominające jeziora, po których przemieszczają się niewielkie wysepki. Podnoszę głowę i rozglądając się przenoszę wzrok w kierunku odległych wzgórz. Ich wierzchołki także drgają w gorącym powietrzu. Pomimo to, w oślepiającym obrazie pagórków można zauważyć jasne i ciemniejsze warstwy skalne. Jest coś niesłychanego i przyciągającego w tym obrazie. Muszę tam kiedyś dotrzeć i zobaczyć to wszystko z bliska. Rozglądam się za resztą ekspedycji. Małe, znacznie oddalone postacie także śmiesznie drgają w wibrującym powietrzu. Kolejny dzień poszukiwań wolno zbliża się ku końcowi. Jeszcze musimy wrócić po samochód. Niby niedaleko, jakieś pięć może sześć kilometrów. Docieramy do niego jednak mocno zmęczeni, dodając sobie otuchy rozkoszną wizją czekającego na nas w bazie prysznica.
Mija ją kolejne dni. Mapa badanego obszaru zapełnia się różnego rodzaju znaczkami i symbolami. Pojawiają się numery MA15, MA 16. Rosną w bazie kolekcje próbek.
Zbliża się kolejny piątek, czyli muzułmańska niedziela. Mamy odwiedzić polską misję konscrwatorsko-egiptologiczną prowadząca badania i rekonstrukcję świątyni królowej Hatshepsut w dolinie Deir el Bahari Przed obiadem udajemy się do Metrolopolitan House, w którym mieszkają zarówno polscy egiptolodzy, konserwatorzy, jak i architekci. Spotykamy ich na tarasie odpoczywających w cieniu antresoli. W dali widać majestatyczny zarys świątyni, do której zmierzają tłumy turystów. Szef misji pan Zygmunt wyjaśnia z nutką dumy co ostatnio wykonano. – Zrobiliśmy półką zabezpieczającą najwyższą cześć świątyni – mówi. – Teraz kamienie spadające z pionowego klifu nie będą niszczyły naszej pracy – dodaje. – Równocześnie prowadzone są prace konserwatorskie i egiptologiczne. Miejscami dokonuje się uzupełnień murów i odpowiednio wstawia odkryte bloki kamienne dopasowując je do już istniejących fragmentów płaskorzeźb.
Słucham wszystkich informacji z rosnącym zainteresowaniem. Szczegóły są pasjonujące. Zauważam ze zdziwieniem, że wzrasta we mnie chęć włączenia się w te badania.
- Podano herbatę – dobiega z wewnętrznego pomieszczenia głos. Przechodzimy do obszernej jadalni, gdzie na stole obok kubeczków z herbatą stoją talerzyki z małymi ciasteczkami. Powoli wizyta dobiega jednak końca. Żegnamy się i wędrujemy w kierunku naszej bazy. Pamiętam – szedłem przed siebie, ale miałem bezsensowne wrażenie, że ktoś ze świątyni Hatshepsut na mnie patrzy. Oglądając się w jej kierunku zastanawiam się, czy kiedyś tu wrócę, by próbować zagłębić jej tajemnice.
Wieczorem odwiedzamy skromny kościółek w Luksorze i ruszamy na zakupy zagłębiając się w hałaśliwe uliczki. Mija kolejny tydzień ekspedycji.
Jedziemy ponownie w teren. Autem podrzuca niemiłosiernie Janusz powtarza ciągle – O-la-la. o-la-la-lal - rozpierając się między fotelem a dachem auta. Jedziemy w najodleglejsze części naszego terenu. Gdy droga uspakaja się nieco, wpatrujemy się w okolice szukając kolejnych stanowisk. Po chwili ruszamy dalej i przejeżdżamy przez wąskie uliczki kolejnej mini-wioski. Za jej murami pojawiają się niewielkie pagórki. Koniec podróży. Co robić. Wysiadamy z auta i zaczynamy penetrację terenu.
Ten dzień okaże się najowocniejszym z dotychczasowych. Już po krótkiej wędrówce napotykamy na dużą ilość narzędzi krzemiennych. Pojawiają się fragmenty ceramiki. Są też ślady po dużych, starych ogniskach. Wszystko to oznacza jedno. Poszukiwania dały rezultat. Mamy stanowisko!!! Jest duże, nie zniszczone i dodatkowo z tego okresu który nas interesuje. Jego pozycja natychmiast zostaje zaznaczona na mapie. Jak się później okazało, od momentu odkrycia tego stanowiska do zakończenia prac, a więc zrozumienia wydarzeń sprzed 6000 lat, miało minąć jeszcze kilka lat.











