Maciej Pawlikowski,
Z Archeologami Przez Świat, Kraków 2003
cz. I obejmuje strony 3 – 6.
Armant
Armant to spore, liczące około 150 tysięcy mieszkańców miasto w górnym Egipcie. Nie ma tu zbyt wielu pamiątek z epoki faraonów, w związku z czym turyści zaglądają tu sporadycznie. Leży ono w szerokiej w tym miejscu dolinie Nilu, która zapewnia dostatek zbiorów, a przede wszystkim życiodajną wodę.
Dla archeologów szczególnie interesująca jest ta część doliny, w której pustynia kontaktuje się ze strefą kultywacji, czyli rolnictwa. Kontakt ten jest bardzo specyficzny, a granica biegnąca między pustynią a obszarem rolniczym jest ostra i nie przekracza kilku metrów. O jej położeniu decyduje występujący na niewielkiej głębokości poziom wilgoci związanej z wodami gruntowymi.
Pustynia leży przeważnie kilka, a nawet kilkanaście metrów powyżej strefy upraw. Tu już woda z Nilu nie dochodzi i jest zbyt sucho na uprawianie czegokolwiek. Ponieważ jest to obszar nie nadający się pod uprawy, tu właśnie buduje się domy, oszczędzając grunty rolnicze. W przeszłości także świątynie budowano w obszarze pustynnym, nie tylko w celu zaoszczędzenia gruntów rolniczych, lecz także by uchronić je przed corocznie wylewającym Nilem.
Obszar rejonu Armant tchnie ciszą i upałem. Wśród pól słychać odgłos nawadniających je pomp spalinowych, które przepompowują wodę z Nilu do kanałów. Wszędzie po polach kroczą białe ibisy.
Czego w takim krajobrazie mogą szukać archeolodzy, zwłaszcza że nie ma tu piramid ani wspaniałych grobowców? Nasza ekspedycja miała tu szukać początków państwa faraońskiego, a dokładniej, spróbować ustalić przyczyny, które spowodowały powstanie kultury faraońskiej. Prowadzenie takich badań już z założenia było niezmiernie ambitne i od początku miało posmak sensacyjny. Mieliśmy zająć się badaniami stosunkowo krótkiego okresu, który liczył najwyżej kilkaset lat. Jak badać czas? – pomyślałem patrząc na piękną dolinę Nilu pod Armant?
Decyzja jak prowadzić badania zapadła podczas wspólnych dyskusji uczestników wyprawy, które prowadzono w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wszyscy zgodzili się, że najpierw należy wykonać rozpoznanie terenu i ustalić, gdzie znajdują się miejsca nadające się do prowadzenia wykopalisk. W tym celu zaprogramowano kilkanaście wyjazdów w teren i szczegółową penetrację lewego brzegu Nilu. Szczególną uwagę postanowiliśmy poświęcić strefie, w której pola uprawne przechodzą w pustynie, a dokładniej – samej pustyni tuż ponad strefą kultywacji. Tu właśnie mieliśmy nadzieję natrafić na stanowiska okresu przejściowego pomiędzy neolitem a czasem faraońskim, określanym jako dynastia zero. Okres ten rozdzielany jest przez archeologów na okresy pre- i protodynastyczny, choć granica czasowa i kulturowa pomiędzy oboma okresami nie jest precyzyjna i jednoznaczna.
Podjęte przez nas badania miały być prowadzone w ramach współpracy Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie z Niemieckim Instytutem Archeologicznym, którego oddział znajduje się w Kairze. Współpraca ta gwarantowała nam stałą bazę w niemieckim domu w miejscowości Qurna, która znajduje się na obszarze Teb Zachodnich – jednego z najstarszych i najbardziej tajemniczych cmentarzy świata. Dom ten zwany German House jest starą bazą licznych ekspedycji naukowych i podobnie jak Carter House – dom ekspedycji angielskich, czy amerykańskie centrum egiptologii – Chicago House, wrósł w tradycje badań i poszukiwań archeologicznych w Egipcie.
Zbliżał się dzień zero, w którym mieliśmy ruszyć w poszukiwaniu przygody i frapującej przeszłości. Mieliśmy, bazując na dowodach rzeczowych, odtworzyć obrazy świata egipskiego, a konkretnie doliny Nilu pod Armant w okresie około 3000-4000 lat przed Chrystusem. Miały one być prawdziwe i możliwie szczegółowe. Czy podołamy? Klamka zapadła. Nie możemy zawieść. Pieniądze i nadzieje zostały zainwestowane.
W ekspresie z Krakowa do Warszawy mieszamy się z podróżnymi. Nasze bagaże są jednak wyraźnie większe. Nie wzbudza to żadnego zainteresowania współpasażerów przedziału. Każdy gdzieś jedzie. Nie wyglądamy na odkrywców i poszukiwaczy przeszłości, choć chciałoby się powiedzieć co będziemy robili i jakie przygody nas czekają.
Lot do Kairu wczesnym, porannym samolotem zmusza do noclegu w stolicy. Po nerwowo przespanej nocy docieramy do lotniska, które wita nas gwarem obcojęzycznych pasażerów i powtarzającymi się melodyjnymi zapowiedziami spikerki. Nadchodzi wreszcie czas startu. Samolot rozpędza się po pasie i po chwili unosi swój dziób do góry. Jesteśmy w powietrzu. Pod nami zaśnieżona, zmarznięta Warszawa. Zataczamy krąg ustalając kierunek lotu na południe. Po chwili przebijamy chmury wnikając do świata Słońca. Kapitan wita pasażerów. Lecimy na wysokości 9500 metrów, a temperatura na zewnątrz wynosi minus 47 stopni.
Stewardzi roznoszą posiłek. Czas mija szybko. Po dwóch godzinach spokojnego lotu podchodzimy do lądowania w Istambule. Czas spędzony na lotnisku to czas na zatankowanie samolotu przed kolejnym skokiem, tym razem już bezpośrednio do Kairu. Ponowny start. Lecimy dalej. Gdy nasz samolot jeszcze błyszczy w Słońcu, na Ziemi już zapada zmrok. Przez okienko widać światełka statków płynących po Morzu Śródziemnym. Wlatujemy na obszar delty Nilu. W czerni nocy pojawiają się pod nami skupiska światełek egipskich wiosek. Coraz jaśniejsza staje się łuna świateł znajdującego się przed nami wielkiego Kairu. Samolot wyraźnie zwalnia i zaczyna się lekko kołysać – schodzimy do lądowania.











