Napisz do nas!

redakcja@archeologiaegiptu.pl

Nasi Partnerzy

„Egipskie” motywy w „Kodzie Leonarda da Vinci” Dana Browna

Andrzej Ćwiek

FACET Z GŁOWĄ BARANA W KRYPTEKSIE

„Egipskie” motywy w „Kodzie Leonarda da Vinci” Dana Browna

(Wydawnictwo Sonia Draga, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2004, tł. Krzysztof Mazurek)


„Kod Leonarda da Vinci”, okrzyknięty „najgłośniejszą powieścią XXI wieku” budzi niesłychane emocje. Tłumy Amerykanów przemierzają Paryż i Londyn z książką w ręku, powstają całe tomy krytycznych komentarzy. Pojawiają się oparte na podobnych spiskowych teoriach filmy („Skarb narodów”), sugerujące sprawy tak tajne, że właściwie należałoby ich dowody, zgodnie z tytułem recenzji Wojciecha Orlińskiego „spalić przed przeczytaniem” (Gazeta Wyborcza 28.01.2005, s.16). Zresztą tytułowy skarb pochodzi z Egiptu i składa się w znacznej mierze ze złotych Tutanchamonów, co raduje duszę każdego fana faraońskiej cywilizacji. Żaden długotrwały historyczny spisek nie może się obyć bez egipskich, czy też egiptyzujących, motywów.[1] Dotyczy to również „Kodu”, spróbujmy więc, na fali rozbierania książki na czynniki pierwsze, przyjrzeć się jej okiem egiptologa.

I. MONA LIZA = AMON+IZYDA?

„… Mona Liza nie jest ani mężczyzną ani kobietą. Niesie subtelny przekaz androgeniczności. Jest połączeniem obu elementów.

- Czy aby na pewno nie mówi pan tym swoim uczonym harwardzkim językiem, że Mona Liza to po prostu szpetna laska?

Teraz Langdon też się zaśmiał.

- Może i racja. Ale tak naprawdę da Vinci zostawił na tym obrazie wyraźną wskazówkę że postać jest androgeniczna. Czy ktoś z was kiedyś słyszał o egipskim bogu Amonie?

- No jasne! – powiedział mięśniak. – Bóg płodności męskiej!

Langdon był bezgranicznie zdumiony.

- Tak jest napisane na każdym pudełku kondomów Amon. – Umięśniony uśmiechnął się od ucha do ucha. – Tam jest narysowany facet z głową barana i napisane, że to egipski bóg płodności.

Langdon nie znał akurat tej nazwy firmowej, ale rad był, że producenci prezerwatyw wykazują znajomość rzeczy.

- Świetnie. Amona rzeczywiście przedstawia się jako człowieka z głową barana, a jego postać w potocznych wyobrażeniach stała się symbolem wybujałej seksualności.

- Bajerujesz pan!

- To nie żaden bajer – powiedział Langdon – A czy wiecie, jaki jest żeński odpowiednik boga Amona? Egipska bogini płodności?

Po tym pytaniu zapanowała kilkusekundowa cisza.

- To Izyda, inaczej Izis – powiedział Langdon, biorąc do ręki pisak. – Mamy tu zatem męskiego boga Amona. Napisał jego imię. – A starożytny piktogram przedstawiający boga rodzaju żeńskiego, boginię Izis, nazywano kiedyś L’IZA.

Langdon skończył pisać i odsunął się od projektora.

- Czy to wam czegoś nie przypomina? – zapytał.

- Mona Liza… O, w mordę jeża – zdziwił się ktoś.”

(s.156-157)

Mona Liza = Amon + Izyda. Połączenie egipskiego męskiego i żeńskiego bóstwa płodności. Genialne w swej prostocie i niezwykle typowe dla sposobu w jaki „egipskie” motywy pojawiają się w literaturze i kulturze masowej, nie od dziś zresztą, tylko od ładnych kilku wieków. Dobrze brzmiące, krótkie, egzotyczne imiona i aura tajemniczości, otaczająca wszystko, co  pochodzi z kraju faraonów, pasują do tego znakomicie. Tymczasem rzecz polega zazwyczaj na nieprawdopodobnych przekłamaniach i nieporozumieniach, albo po prostu zastosowaniu zasady „bierzemy hasło i logo” (i umieszczamy w nowym kontekście), co daje efekt podobny do uzyskanego przez twórców serialu fantasy „Herkules”, który oprócz nazwisk bohaterów nie ma nic wspólnego z grecką mitologią. Zacznijmy od tego, że Amon był jednym z najważniejszych bogów, o (jak to często bywało w religii egipskiej) złożonej osobowości, licznych formach i prerogatywach. Jeden z prabogów teologii hermopolitańskiej, lokalne bóstwo Teb, które urosło do rangi boga państwowego w czasach Średniego Państwa, identyfikowany ze słonecznym bogiem Ra jako Amon-Ra, był królem bogów i władcą wszechświata, występującym pod wieloma postaciami. Jedną z nich, bynajmniej nie najważniejszą, był Kamutef (dosłownie: „Byk swojej matki”), albo Amon-Min, wyrażający aspekt płodności, przedstawiany jako ityfalliczny mężczyzna, zazwyczaj w koronie z dwoma piórami. Jednak nazwanie Amona „bogiem płodności męskiej” ma tyle sensu, co nazwanie starotestamentalnego boga Żydów bogiem morza (bo przecież spowodował potop i zatopił wojsko faraona podczas Exodusu). Nawiasem mówiąc, chociaż Amon mógł być niekiedy przedstawiany jako człowiek z głową barana (jego świętego zwierzęcia), to nie dotyczy to raczej jego wizerunków jako Kamutefa. Izyda natomiast, małżonka Ozyrysa, miała wiele wspólnego z żeńską płodnością. Ponieważ poczęła swego syna Horusa w dość niesprzyjających okolicznościach (martwy Ozyrys) i czczona była jako Pani Magii, patronowała płodności i macierzyństwu i do jej pomocy odwoływały się bezpłodne kobiety. Lecz znów: sprowadzanie Izydy tylko do tej roli jest dużym uproszczeniem.  A najważniejsze, że chociaż w religii egipskiej jest wiele przykładów synkretyzmu i identyfikacji różnych bóstw, jak również skomplikowanych i zmiennych relacji między nimi, to właściwie nigdy Izyda nie jest łączona z Amonem. Jest żoną Ozyrysa, zaś Amon ma za towarzyszkę Amonet lub Mut. Bardzo rzadko bóstwa te w ogóle pojawiają się razem w jakimkolwiek kontekście, a NIGDY nie stanowią pary uzupełniających się przeciwieństw symbolizujących męski i żeński aspekt płodności natury.

Oczywiście wszelkie etymologiczne spekulacje typu Amon=Mona opierają się na założeniu, że w czasach Leonarda istniała świadomość istnienia tego boga, pod tym właśnie imieniem i z takimi cechami. Jeżeli już, to mógłby być znany pod grecką formą Ammon, ale jeszcze do XIX wieku za Grekami identyfikowano go z (i nazywano) Zeusem gdyż jedyne źródło wiadomości o nim stanowili autorzy antyczni. Już bardziej prawdopodobne jest pojawienie się Izydy, której kult, rozprzestrzeniony w Cesarstwie Rzymskim, pozostawił swoje ślady w zachodniej Europie. Jednak chociaż w okresie Renesansu zainteresowanie antykiem było ogromne, nie przekładało się to na zainteresowanie, a zwłaszcza wiedzę o starożytnym Egipcie. Co ma na myśli Brown pisząc: „starożytny piktogram przedstawiający boga rodzaju żeńskiego, boginię Izis” – jeden Amon raczy wiedzieć. Nazywano go podobno (kto? gdzie? kiedy?) „L’IZA”, co bez znajomości literatury ezoteryczno-okultystycznej nie daje się łatwo namierzyć. A imię Liza nie ma chyba jednak nic wspólnego z Izydą.

Nawiasem mówiąc, istnieje różnica między terminami androgeniczny a androgyniczny. W naszym przypadku nie chodzi o znaczenie „związany z męskimi hormonami” (androgEniczny), tylko „męsko-żeński”, „obojnaczy” (androgYniczny, od gr. andros–męski i gyne-kobieta). Drobną wpadkę tłumacz zanotował również w innym fragmencie z egiptyzującym motywem:

„Kaplica Rosslyn, często zwana Katedrą Kodów, znajduje się w Szkocji siedem mil na południe od Edynburga, gdzie kiedyś stała starożytna świątynia Mithraic. Zbudowana przez templariuszy w 1446 roku, kaplica jest pokryta oszałamiającą mozaiką symboli zapożyczonych z tradycji religii żydowskiej, chrześcijańskiej, egipskiej, masońskiej i pogańskiej.” (s.534) Dalej dowiadujemy się, że „Całą powierzchnię wewnętrznych ścian pokrywały symbole – chrześcijańskie krzyże, żydowskie gwiazdy Dawida, masońskie pieczęcie, krzyże templariuszy, rogi obfitości, piramidy, znaki astrologiczne, motywy roślin, warzyw, pentagramy i róże.” (s.537) Mamy więc tu egipskie piramidy, ale czym była „starożytna świątynia Mithraic”? W oryginale było Mithraic temple. Tłumacz potraktował to jako nazwę własną, tymczasem jest to po prostu świątynia mitraistyczna, czyli świątynia kultu Mithry, rozpowszechnionego w cesarstwie rzymskim, a wywodzącego się ze Wschodu.

II. KRYPTEKS

„Zobaczył wyrzeźbiony z polerowanego białego marmuru kamienny cylinder, rozmiarami zbliżony do pojemnika na piłki tenisowe. Cylinder wydawał się jednak bardziej skomplikowany, było to coś więcej niż tylko kamienny walec, bo wyglądał na złożony z wielu części. Pięć marmurowych dysków ustawionych jeden na drugim i połączonych delikatną mosiężną ramką. Wyglądało to jak wieloczęściowy, walcowaty kalejdoskop. Na obu końcach cylinder miał marmurowe czapeczki, zatyczki przykrywające go tak, żeby nie można było zajrzeć do środka. Kiedy usłyszał bulgotanie płynu wewnątrz cylindra, stwierdził, że musi być pusty w środku.

Równie tajemnicza jak konstrukcja cylindra była rzeźba wokół jego obwodu, to ona właśnie przyciągnęła przede wszystkim uwagę Langdona. Na każdym z pięciu dysków wyrzeźbiono starannie ten sam nieskładający się w słowa zestaw liter – cały alfabet.” (s.253)

„Langdon znów spojrzał na urządzenie, które trzymał w rękach, wciąż sceptyczny.

- Ale dlaczego po prostu tego nie oderwać? Albo nie rozbić? Metal wygląda na delikatny, a marmur jest przecież miękkim materiałem.

- Leonardo był na to za sprytny – uśmiechnęła się Sophie. – Tak zaprojektował krypteks, że gdyby ktoś próbował go otworzyć siłą, informacja uległaby samozniszczeniu. Patrz. – Sophie sięgnęła do szkatułki i ostrożnie wyjęła cylinder. – Informację zapisywało się na zwoju papirusu.

- Nie na pergaminie?

Sophie potrząsnęła głową.

- Na papirusie. Wiem, że zwoje pergaminowe robione na bazie jagnięcej skóry są bardziej trwałe i częsciej w tamtych czasach ich używano, ale to musiał być papirus. Im cieńszy, tym lepszy.

- W porządku.

- Przed włożeniem do pustej przestrzeni w krypteksie papirus owijano wokół delikatnej szklanej fiolki – potrząsnęła krypteksem i w środku usłyszeli bulgotanie jakiejś cieczy. – Fiolki z płynem.

- Z jakim płynem?

- Z octem.

Langdon myślał chwilę, a potem kiwnął głową.

- Genialne.

Ocet i papirus – myślała Sophie. Gdyby ktoś próbował siłą otworzyć krypteks, szklana fiolka zbiłaby się, a ocet rozpuściłby papirus. Zanim ktokolwiek zdołałby odczytać utajnioną wiadomość, papirus byłby niekształtną kulą roślinnej miazgi.” (s.257)

Eksperymenty przeprowadzone kilkakrotnie w Muzeum Archeologicznym w Poznaniu, między innymi podczas publicznego wykładu 5 lutego 2005 r., dowiodły bez wątpienia, że papirus już po godzinie moczenia w occie daje się trochę łatwiej przedrzeć. O tym, by w ciągu kilku sekund miał się zamienić w „niekształtną kulę roślinnej miazgi”, nie ma mowy. W eksperymencie użyty był współcześnie wyprodukowany (według starożytnej technologii) papirus i 12-procentowy ocet. Kawał celulozy, jakim jest papirusowa karta, nie daje się jednak spławić byle czym. Chyba, że chodziłoby nie o papirus i ocet, tylko o bibułkę i stężony kwas solny, ale oryginał powieści upewnia nas, że to jednak papyrus i vinegar.

Zresztą jest to przykład tego, co Anglicy nazywają red herring (a co, nawiasem mówiąc, występuje w powieści „zakodowane” w nazwisku biskupa Aringarosa z Opus Dei; Aringarosa to właśnie „czerwony śledź”): motyw podrzucony, by sprowadzić dyskusję na boczne tory. Nawet gdyby papirus anihilował się w ułamku sekundy, Leonardo (gdyby rzeczywiście konstruował krypteksy) nie mógłby tego wykorzystać z tej prostej przyczyny, że w jego czasach już od kilku wieków nikt papirusu nie produkował i nie używał.

III. PIRAMIDA W LUWRZE

„Zastanawiał się, czy Fache wie o tym, że ta piramida, na wyraźne życzenie prezydenta Mitteranda została zbudowana z sześciuset sześćdziesięciu sześciu bloków szkła – a to dziwne żądanie było stałym gorącym tematem rozmów ludzi rozkochanych w konspiracji, którzy utrzymywali, że 666 to liczba szatana.” (s.33)

Istotnie, utarło się, że 666 to szatańskie cyferki. Sataniści chętnie to potwierdzają, a publiczność drży, chociaż w rzeczywistości cała sprawa opiera się na nieporozumieniu. Źródłem tego motywu jest oczywiście Objawienie Świętego Jana, czyli Apokalipsa, gdzie mowa jest o złowrogiej Bestii (albo zwierzęciu, zależnie od tłumaczenia), a właściwie o dwóch Bestiach, z których druga, mniejsza, podsumowana jest następująco: „Tu potrzebna jest mądrość. Kto ma rozum, niech obliczy liczbę zwierzęcia; jest to bowiem liczba człowieka. A liczba jego jest sześćset sześćdziesiąt sześć.” [2] (Objawienie Św. Jana 13,18). Wydaje się, że autor Apokalipsy określał tym numerologicznym kodem cesarza Nerona, rzeczywiście „czarny charakter”, ale do kryptonimu Szatana stąd jednak daleko. Zresztą liczba 666 występuje w Biblii wcześniej w bardziej przyziemnym kontekście: „Ilość złota, jakie napływało do Salomona w ciągu jednego roku wynosiła sześćset sześćdziesiąt sześć talentów.”[3] (I Księga Królewska 10,14). Zły we własnej osobie, czy też mamona, jeden diabeł, sześćset sześćdziesiąt sześć jest ważne – tyle tylko, że znowu mamy tu owego „czerwonego śledzia”. Piramida w Luwrze, zaprojektowana w latach osiemdziesiątych XX w. przez architekta Ieoh Ming Pei, wzbudziła wówczas nie mniejsze kontrowersje niż swego czasu wieża Eiffela. Już w czasie jej budowy mówiono o 666 płytach szklanych, z których miała być skonstruowana. Niestety, w rzeczywistości piramida składa się dokładnie z 603 rombów i 74 trójkątów. Razem 677 kawałków. Miało być 666. Ale doświadczeni piramidolodzy radzą sobie z niepokornymi wymiarami budowli. Hmm… Może odjąć trójkąty od rombów? Nie bardzo. A może podzielić ilość trójkątów przez dwa? Ciągle nic? Ci paskudni masoni, z prezydentem Mitterrandem na czele, byli sprytniejsi, niż nam się wydaje. Proszę, jak zmyślnie ukryli tę groźną liczbę w osiemdziesięciu sześciu tonach szkła!

Uzupełnienie dużej piramidy stanowią małe piramidki-świetliki, oraz la pyramide inversée i mała złota piramidka pod nią. Pełnią one kluczową rolę w finale powieści, skrywając, jak się okazuje, doczesne szczątki Marii Magdaleny, oraz tworząc symbole połączenia pierwiastka męskiego z żeńskim i płodności. Rozpocząwszy wędrówkę z Brownem od piramidy w Luwrze (powieść zaczyna się od sceny morderstwa kustosza muzeum, a główny bohater przybywa na miejsce i usiłuje zapukać do piramidy), wracamy w ten sposób do punktu wyjścia. A cała zagmatwana historia okazuje się prowadzić ku odwiecznej tajemnicy życia związanej z facetem o głowie barana. Tyle tylko, że do jej ukrycia niepotrzebne są krypteksy. Czasem wystarczy mała kieszonka w dżinsach.


[1] Na gruncie polskim fenomenalną wizję wielowiekowego i wszechświatowego spisku masonów-wyznawców Izydy, mającego na celu odzyskanie dla Europy Egiptu, którego istnienie tłumaczy większość istotnych wydarzeń z historii Polski, przedstawił Tomasz Mirkowicz (Pielgrzymka do ziemi świętej Egiptu, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1999, Aneks II: Broszura. Cała prawda o knowaniach światowej masonerii). Radość z czytania podobnie inteligentnego i dowcipnego tekstu mącić może tylko świadomość, że wydrukowany rzeczywiście w formie broszury zostałby bez wątpienia przez wielu potraktowany jako autentyk, odsłaniający  mroczne kulisy historii. Co dowodzi zdolności autora, ale również smutnej kondycji współczesnego świata. [dziekuję dr. Leszkowi Zinkowowi za zwrócenie mojej uwagi na książkę T. Mirkowicza].

[2] Cytat za: Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu z Apokryfami, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1990.

[3] j.w.

Podziel się:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip

REKLAMA

Polecamy wyjątkowy film o Egipcie!