ELIZA SZPAKOWSKA (1978-2008)
Kiedy Eliza nie odpowiedziała na nasz e-mail w piątek, powiedzieliśmy sobie: „na pewno gdzieś wyjechała”. Bo ona zawsze odpowiadała od razu. Od razu i pozytywnie. Teraz też, oczywiście, pisaliśmy z prośbą o załatwienie czegoś, wiedząc, że na Elizę można zawsze liczyć. Takie było zresztą chyba wrażenie wszystkich, którzy przewijali się przez Stację w ostatnich latach. Nas wszystkich: dużych i małych, jeden w drugiego przekonanych, że jesteśmy pępkiem świata. Użeranie się z nami, mającymi wieczne pretensje i ciągle nowe wymagania, te noclegi, bilety, zakupy, zapewnienie sprawności logistycznej, płynności obsługi, i jeszcze przyjaznej atmosfery – to wszystko wymaga naprawdę nadnaturalnych zdolności. Ona to potrafiła. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek powiedział złe słowo na temat Elizy czy sposobu w jaki się nami zajmowała. Kiedy po raz setny zmienialiśmy nasze zapotrzebowania, mówiła po prostu: „Aha, nie ma sprawy” i wiedzieliśmy, że rzecz będzie załatwiona. Cierpliwie, starannie i z uśmiechem. Chyba dlatego Eliza była rzadkim przykładem osoby, którą wszyscy lubili. Pamiętam te wybuchy entuzjazmu w Deir, kiedy odebrawszy podczas kolacji telefon, mówiłem: „Eliza do nas przyjedzie na kilka dni”. Nie wiem tylko, czy wystarczająco dawaliśmy jej to odczuć. Pewnie więcej od niej braliśmy, niż dawaliśmy. Nawet jej ulubionego białego serka mogliśmy przywozić więcej.
Znałem Elizę od początku jej studiów, byłem czytelnikiem jej pierwszych prac i zawsze robiły na mnie wrażenie jej zdolności, pracowitość i charakter. Nie, nie wróżyłem jej żadnej „wielkiej kariery” (bo po co to komu?), ale nie ulegało dla mnie wątpliwości, że będzie mogła robić to, co ją pasjonuje, a przy tym jej zdolności będą wykorzystane z pożytkiem dla innych. Była nieprawdopodobnie dobrze zorganizowana i sprawna. Zwłaszcza jako prawa ręka kierownika i dobry duch misji eremu w Gurna. Zwaliśmy ją żartobliwie „twardym dyskiem” Tomka. Zaufanie do Elizy przybierało niekiedy rozczulające formy („Pani Elizo, pani wie wszystko. Gdzie są banany?”). Ale potrafiła też zaimponować nam wszystkim, „twardym facetom”. Szyb w TT 1152 „zaliczyła” niemal ze śpiewem na ustach. Siedemnaście metrów w dół i w górę po sznurowej drabince; trzeba tego spróbować, żeby wiedzieć o co chodzi. Ja sam byłem ledwie żywy, kiedy wyczołgałem się na górę i próbowałem wyperswadować Elizie schodzenie. Trzeba było widzieć, jak na mnie spojrzała… Zeszła na dół, a potem wspięła się z powrotem z odwagą, determinacją i sprawnością, której nie spodziewaliśmy się po tej miłej, łagodnej dziewczynie. W takich sytuacjach widać było, kim naprawdę jest: twardą dziewczyną z pasją, prawdziwym archeologiem. Niech się schowają plastikowe Lary Croft, to się działo w realu, to był kawałek prawdziwego życia.
Wiele mamy takich wspomnień – i oby jak najwięcej, bo tylko one zostały, żeby Eliza dalej żyła – chociaż tylko w naszej pamięci. A poza tym tylko ten ogromny żal, że tak młodo odszedł ktoś tak kochany. Będziemy to sobie racjonalizować, będziemy próbowali się z tym pogodzić. Bóg tak chciał, ulubieńcy bogów umierają młodo, dunia keda. A przecież to nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Widzieliśmy Elizę ostatni raz w marcu. Rozmawialiśmy na temat jej doktoratu, a potem pojechały z Martą na zakupy na Zamalek. Wróciły po kilku godzinach żywo dyskutując kwestię pięknych bluzek z koronką wokół dekoltu. Eliza miała już taką pomarańczową, podobała jej się czarna, ale nie mogła się zdecydować, żeby ją kupić i teraz żałowała, zła na siebie za swoje wątpliwości. A teraz patrzymy na jej zdjęcie, które wisi na internetowej stronie Centrum. To ta bluzka. Więc jednak ją kupiła.
Andrzej Ćwiek