08.03.2011
Od rana na ulicach panowało wyraźne poruszenie. Już w przeddzień dokładnie wysprzątano główne arterie miasta. Bramy urzędów państwowych pomalowano świeżą farbą. Zainteresowany nietypową sytuacją, zapytałem hotelowego recepcjonistę, co się dzieje. – Rais Mubarak! – zakrzyknął (czyli w dosłownym tłumaczeniu „Przywódca Mubarak”). Zapowiadała się wizyta prezydenta w największym mieście oazy Charga na Pustyni Zachodniej.
Ten zwykły dzień roboczy, jakiego byłem świadkiem kilka lat temu, przerodził się w festyn. Młodzież szkolna z transparentami i flagami narodowymi wyległa masowo na ulice. Dołączyli do nich urzędnicy i sklepikarze. Przyłączyłem się do tego hałaśliwego tłumu radośnie witającego prezydenta. Około południa przez centrum przejechało kilka pilnie strzeżonych kawalkad samochodów z przyciemnionymi szybami. Ale w którym był Rais Mubarak? Trudno powiedzieć. Od lat nie pokazuje się publicznie i tym razem na to się nie odważył. Strach przed zamachami jest zbyt wielki. I nie jest bezpodstawny – Hosni Mubarak był celem ataków kilkukrotnie – jeden z poważniejszych incydentów miał miejsce w Adis Abebie, kiedy w jego opancerzoną limuzynę trafiło dziesięć kul.
Zniechęcony udałem się za miasto, w głąb pustyni. Wyjazd nie okazał się prostym zadaniem. Służby bezpieczeństwa postawiono w stan najwyższej gotowości. Policjanci, żołnierze i tajniacy (łatwo poznać po wystających z marynarek kolbach karabinów) obstawili całe miasto. Al-Charga była absolutnie zakorkowana, w zasadzie sparaliżowana. W końcu udało się i mknąłem szeroką asfaltową drogą. Po kilku godzinach postanowiłem powrócić z peregrynacji pośród starożytnych twierdz udostępnionych dla ruchu turystycznego.
- Stać! Dalej nie pojedziecie! – powiedział policjant strzegący przejazdu na rogatkach miasta. Służby zarządziły wstrzymanie wszystkich pojazdów wjeżdżających do miasta aż do momentu opuszczenia Chargi przez prezydenta. Utknąłem! Ile to może jeszcze potrwać – zastanawiałem się.
Moją uwagę przykuły tajemnicze manewry wykonywane przez samochody zatrzymane podobnie jak mój. Na wieść o blokadzie kierowcy niczym nie zrażeni wrzucali wsteczny, jechali jakieś 100 metrów, po czym… ostry zakręt w prawo, w piach! A dalej dookoła posterunku policyjnego, szerokim łukiem – kilkaset metrów od mundurowych, by w końcu dojechać ponownie do drogi asfaltowej, ale już za blokadą policyjną, na terenie miasta! Spojrzałem na funkcjonariuszy – No to zaraz będzie niezła jatka – przeszło mi przez myśl spoglądając na kałasznikowy zwisające z ich ramion.
Jednak nic się nie stało. Policjanci nadal stali pośród zasieków i informowali kolejnych kierowców, że tędy nie przejadą, a ci podobnie jak wcześniejsi, stosowali pustynny objazd, nad którym z każdą chwilą wznosił się coraz bardziej gęsty pył spowodowany przez liczne samochody. Na wertepach ugrzęzły w pewnym momencie dwa gigantyczne TIR-y…
Ten przykład doskonale prezentuje egipską mentalność – mundurowi spełniali swoje zadanie. Dostali rozkaz – Nie przepuszczać nikogo na posterunku w kierunku miasta! Sumiennie wypełnili swój obowiązek. Ale pomysłowi Egipcjanie nie mogli tracić czasu. Wzięli sprawy w swoje ręce i zorganizowali objazd.
O rezygnacji z urzędu Hosniego Mubaraka dowiedzieliśmy się dopiero w momencie, kiedy demonstranci dotarli pod pałac prezydencki w dzielnicy Heliopolis. Tego dotąd nigdy w dziejach jego 30 – letnich rządów nie było. Otoczyć w jego własnym domu „Raisa Mubaraka” to po prostu nie do pomyślenia dla Egipcjan, nawet kilka miesięcy temu. Mam jednak nieodparte wrażenie, że byłego prezydenta okrążano częściej, choć zapewne nie był tego świadom. Tym razem pierścień po prostu zacieśnił się do granic wytrzymałości. W ostatnich miesiącach niezadowolenia społeczne osiągnęło apogeum. Przy pensjach sięgających kilkuset funtów (1 LE – circa 0,6 PLN) i cenach coraz bardziej galopujących ku europejskim, było tylko kwestią czasu, kiedy obywatele wyjdą na ulice. Bo to właśnie coraz niższy poziom życia przyczynił się do wybuchu rewolucji, a nie Facebook.
Szymon Zdziebłowski











